poniedziałek, marca 26, 2012

St. Patric's Day / Kolorado

Witam witam!


Mam nadzieję, że stęskniliście się za moimi postami! Postaram się pisać częściej, bo szczerze to coraz więcej się dzieję i nie mogę sobie wyobrazić, że za jakieś dwa miesiące będę już w Polsce. Prawda jest taka, że łatwiej było mi ją pożegnać, ponieważ do niej wracam i wszystko (a przynajmniej większość) będzie taka sama. No oprócz dworca w Katowicach, mam nadzieję haha. Do Stanów przyjechałam zaledwie na 10 miesięcy i mimo, że miałam trudne miesiące jest coraz lepiej i nie chcę nawet myśleć, że niektórych ludzi, których widzę tu niemal codziennie zobaczę po raz kolejny po powrocie może za parę lat i to nie na długi czas. Chcę mi się płakać, kiedy do głowy przychodzi mi myśl, że opuszczę tutaj moją najlepszą przyjaciółkę. Na szczęście jest Skype i nie ma problemu, żeby utrzymywać kontakt, ale jednak niektórych wydarzeń nie będę mogła powtórzyć.

Ze wszystkim jest tak, że na koniec jest najlepiej, więc jestem pewna, że nie będę chciała tak szybko wracać, a miałam już momenty, że nie chciałam niczego bardziej niż wejść do samolotu i wrócić. Żyję chwilą, wygłupiam się i staram się wykorzystać mój czas w Stanach jak najlepiej się da.

Ostatnie tygodnie spędziłam na codziennych treningach. Przyzwyczaiłam się już i nie mam takich zakwasów. Wszyscy są bardzo mili i cały czas mi gratulują, jeżeli robię jakąś najgłupszą rzecz dobrze. Takie nastawienie, jakiego uczą nas w grupie bardzo pomaga. Trenerzy powiedzieli nam, że nie ważne jaki mamy ze sobą kontakt poza grą, na boisku mamy być zgraną drużyną, która sobie pomaga nie zwracając uwagi na  to, że niektórzy się nienawidzą. Tak jak wiedziałam nie trafiłam do głównej reprezentacji, ale cieszę się nie tylko z powodu, że totalnie bym tam sobie nie poradziła, ale też z tego, że JV (Junior Varsity = "młodsza reprezentacja?") tworzą milsze dziewczyny.

Weekendy spędziłam imprezując lub spotykając się z Beką. Tydzień temu byłam na pardzie z okazji Dnia Świętego Patryka, patrona Irlandii. Zabawne, bo dla Amerykanów to wielkie święto, jednak jak jestem wielce przekonana, że przynajmniej połowa ze świętujących nie wie gdzie Irlandia leży. To był zresztą właśnie ten dzień, kiedy Nina napisała dla mnie posta haha. Zrobiłyśmy setki zdjęć i większość z nich i tak nikogo by nie zaciekawiły, bo to tylko grubasy ubrane na zielono, więc znalazłam jakieś najlepsze.








Żeby zrobić zdjęcie panoramiczne trzeba się poświęcać, o tak:



Gustavo i Laura :)




Jak widzicie jesteśmy "porozbierane". Już jakieś trzy tygodnie temu słońce grzało ponad 20C. Zdążyłam nawet spalić nogi na treningach. Szczerze to nie chcę wracać do zimnej Polski.

Dzień później czekała nas ponad 10 godzinna podróż do pięknego Kolorado. Po raz pierwszy wyrwałam się z tego nudnego Kansas. Szybko streszczę Wam co widzieliśmy, zainteresowani mogą to wpisać w Google i zobaczyć jak wszystko wygląda, jeśli moje zdjęcia nie są wystarczająco szałowe.

18 Marca - No to jest właśnie dzień podróży. Przejechaliśmy jakieś 600 mil. Cała wycieczka skałada się z 38 osób, nie tylko wymieńców. Podróżowaliśmy 12 osobowymi vanami, w naszym było najwięcej nacji i na szczęście nie było tłocznie. Koordynatorka nazwała nas "Party Van". Kolejny był "Asian Van" z jak sama nazwa wskazuje głównie Azjatami i trzeci nie miał żadnej nazwy, ponieważ byli tam głównie Amerykanie i dziewczyny nie z naszej fundacji - 2 z Norwegii i 1 z Danii.
19 Marca - Zwiedzanie Estes Park i Rocky Mountain National Park. Cudowne miejsca, padał śnieg. Potem odwiedziliśmy Stanley Hotel, w sumie żadna specjalność, wyglądał jak te wszystkie budynki w Polskich małych miasteczkach, takich np. jak Nałęczów, no ale oczywiście Amerykanie byli podnieceni. Byliśmy tam chyba głównie dlatego, że w tym hotelu straszy, był on natchnieniem Stephen'a King'a no i potem kręcono w nim film Kubrick'a. Pojechaliśmy jeszcze do takiego ślicznego "studenckiego" miasteczka Boulder. Później 70 milowa podróż do Denver. Miała trwać maksymalnie dwie godziny, ale zgubiliśmy się i przyjechaliśmy po jakichś 5 hahaha do "hotelu", w którym WSZYSTKIE kobiety/dziewczyny były razem w 20sto osobowym pokoju! Męski pokój tak samo. Około 24 koordynatorka gasiła nam światło, a z tego powodu, że niektórzy (w tym ja) przychodzili później, było nam się trudno gdziekolwiek dostać + jeszcze musiałam się wspinać na łóżku. Nie wliczając chrapania nie było aż tak źle.
 20 Marca - Zwiedzanie Denver: State Capital Building, Denver Mint (to było świetne, fabryka monet!!!), Bronco Stadium, kolacja w szalonej meksykańskiej restauracji Casa Bonita (nagrałyśmy filmik, znajdziecie go oglądając zdjęcia na Picasie)
21 Marca - Przejazd 70 mil i zwiedzanie: Colorado Springs, Pikes Peak (ale nie jestem pewna czy tam pojechaliśmy, tak pisze na moim rozkładzie), Garden of the Gods, Olympic training center.
22 Marca - Manitou Springs, cliff dwelings i kopalnia złota, która była nudna i cały czas się wygłupialiśmy. Za każdym razem kiedy przewodnik mówił "Follow me" my zaczynaliśmy śpiewać tą starą piosenkę "Destination Calabria".
23 Marca - powrót do domu - 523 mili.

Mimo licznych niedociągnięć uważam, że było super. To był też kolejny przykład na to, jak Amerykanie są niezorganizowani haha. Poznałam trochę super ludzi i spędziłam dużo czasu z wymieńcami. Zapoznałam się też z wieloma nowymi słowami, głównie hiszpańskimi, ale i też portugalskimi. Moi znajomi z innych krajów po przyjeździe do Polski będą zaledwie w stanie zamówić usługi towarzyskie, truskawki albo odpowiedzieć tak lub nie. Najzabawniejsze jest kiedy ktoś za nami coś powtarza, bo jakoś za każdym razem trafiają w najzabawniejszy moment rozmowy. Chciałabym znać wszystkich ludzi, którzy czytają mojego bloga, żeby móc pisać nieco bardziej prywatnie, no ale nie mogę.

Uznałyśmy z Niną, że najlepiej będzie jak po prostu wrzucimy wszystkie zdjęcia do albumu online, niestety nie miałam ich czasu do końca przejrzeć, mam nadzieję, że nie ma tam za dużo kompromitujących, no a nawet jak są, to bardzo proszę je omijać. Link do mojego albumu https://picasaweb.google.com/102523581516072960905/SpringBreakColorado?authkey=Gv1sRgCNjokbrj_cGgzAE
W następnym poście dostaniecie też zdjęcia z aparau Niny, KTÓRA OCZYWIŚCIE NIE ZGRAŁA ICH NA CZAS TEJ NOTKI I MAM NADZIEJĘ, ŻE TERAZ TO CZYTA :*.


 Tutaj jeszcze jakieś parę innych zdjęć, zrobione telefonem.

Nina tebowing

Ja i Nuria umilając sobie czas podróży zdjęciami.

Czapka, którą kupił Gustavo i ja też taką kupię jak tylko znajdę ją online!

Droga powrotna - Polska i Hiszpania

Z Hiszpanką Nurią i Amerykanem Joe.

W sobotę znowu byłam na imprezie, tym razem niespodziance dla Niny, który obchodziła w niedzielę swoje 17 urodziny. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego!


Tutaj ja i nocne zakupy, czyli to co kociaki lubią najbardziej hahaha.


Dzisiaj rano postanowiłam wypróbować zmywalną farbę do włosów w różowym kolorze i jestem tak zachwycona, że jutro wstanę wcześniej do szkoły tylko dlatego, żeby znowu to zrobić. Dodatkowo jutro jest mój pierwszy mecz softballu, liczę że będziecie za mnie trzymać kciuki! Bardzo podoba mi się ta gra pomijając fakt, że ledwo co znam zasady. W następnym poście trochę Wam o tym opowiem.



To na tyle dzisiaj! Tak się rozwinęłam z tym pisaniem, że jest już prawie 1 w nocy. Najs.

Buziaczki,
Kasia.

sobota, marca 17, 2012

Krótko i zwięźle


Przepraszam Was bardzo moi drodzy, ale ostatnimi czasy nie mam kompletnie czasu pisać nowych postów, ponieważ po treningach nie mam siły na nic. Juro rano wyjeżdżam do Kolorado, a dzisiejszą noc spędzam na imprezie, a teraz nawet poświęciłam Ninie zadanie napisanie tej notki, ponieważ ona jest już spakowana, a ja się jeszcze zbieram. Także wracam w piątek, a w niedzielę rano będziecie mogli przeczytać notkę pełną wrażeń po przerwie wiosennej w Kolorado.
Teraz żegnam się z Wami.
Buziaczki ;*

dyktowała Kasia, pisała Nina.


wtorek, lutego 28, 2012

Softball, Lawrence, tornado i tym podobne



No witam witam!
Długo się nie odzywałam, dzisiaj wszystko nadrobię.

Po pierwsze: nie mogę w to uwierzyć, że zostały mi już tylko 3 miesiące tutaj. Czas leci bardzo bardzo szybko i w najbliższym czasie muszę zadecydować o dacie powrotu. Jak na razie mój bilet wykupiony jest na 26 maja, niestety fundacja zrobiła błąd w informacji o zakończeniu szkoły, ponieważ naprawdę jest ono dzień przed tym biletem. Mimo wszystko bardzo chciałabym jechać jeszcze na jakąś wycieczkę, najprawdopodobniej do Los Angeles na tydzień. W takim wypadku powrót (z tego wyjazdu) jest 1 czerwca, więc myślę, że do Polski mogłabym wracać parę dni później. Zobaczymy jak to się wszystko potoczy, w najbliższym czasie muszę skontaktować się z moją koordynatorką, czy w ogóle taką opcję mogę brać pod uwagę. Uwierzcie mi, że zasady tego programu są strasznie głupie i już samo rozmawianie z rodziną/przyjaciółmi więcej niż 2 razy miesięcznie jest "zakazane".

Weekend 11-12.02 spędziłam nieco pracowicie, z czego bardzo się cieszę, ponieważ często wychodzi tak, że takie wolne dni siedzę i marnuję w domu. W sobotę od rana miałam zakończenie międzynarodowego programu harcerek. W mało popularnym centrum handlowym wszystkie grupy z Kansas i zachodniej części Missouri prezentowały dany kraj. Nie było to jakieś super, ale przynajmniej się nie nudziłam. Po południu pojechałam z moją hiszpańską koleżanką Laurą, jej mamą i znajomymi rodziny do Lawrence, miasta położonego jakąś godzinę od Rossville. Bardzo mi się tam spodobało, ponieważ przypominało ono trochę europejskie miasteczka. Główna ulica składała się z różnorodnych sklepów, pubów, kawiarni, lodziarni itp. Było tam o wiele więcej ludzi i niektórzy nawet dobrze wyglądali. Mam na myśli styl, którego w Kansas brakuje. Kupiłam tam buty na treningi, które zaczęłam w ten poniedziałek. Nie przepadam za typowo sportowymi butami (i odzieżą zresztą też), ale moje są cudowne, przynajmniej według mnie. Pierwszy raz byłam też w TJMaxx'ie, amerykańskim odpowiednikiem TKMaxx'a. Oprócz nazwy różni się tym, że wszystko jest poukładane i można znaleźć naprawdę ciekawe i tanie rzeczy. Ja na przykład znalazłam dosyć ładne szorty (też sportowe) Calvin'a Klein'a, za zaledwie 13$. Tak więc mój sportowy outfit, jest już gotowy. Dzień później pojechałam do Laury i zostałam u niej na noc, ponieważ w poniedziałek nie miałam lekcji. 13 marca jest Dniem Prezydenta. Bardzo się cieszę, ponieważ ten wyjazd oprócz języka daje mi wiele międzynarodowych znajomości i już ustaliłyśmy wakacje w Madrycie (z którego pochodzi Laura) i Lloret de Mar, w którym już byłam, ale nieco młodsza.

Po zwyczajnym 4 dniowym tygodniu szkoły, po lekcjach pojechałam z koleżankami do Casey's - lokalu, obok mojej szkoły. Chwilę później musiałam szybko wrócić do domu po pieniądze na bluzę, którą zamówiłam z mojej szkoły :). Potem z domu porwała mnie moja bardzo bliska tutaj koleżanka Beka, o której już nie raz wspominałam i spędziłyśmy miło czas. Dzień później nie byłam pewna co robię, ale pojechałyśmy do naszej ulubionej lodziarni - Cold Stone. Na miejscu widać jak powstają przepyszne lody, z różnorodnymi dodatkami w środku. Mimo, że lody są w Polsce bardziej popularne, nie mamy takich lodziarni. Noc spędziłam u Niny, z którą jak zawsze mogę się pośmiać z najgłupszych rzeczy. Bardzo brakuje mi tego tutaj - polskiego humoru.

W poniedziałek, jak już wyżej napisałam, rozpoczęłam treningi softballu. Tylko raz byłam na conditioningu - rozgrzewaniu przed takimi treningami i trochę się przeraziłam. Naprawdę, to jak Amerykanie są wysportowani jest imponujące. W Polsce szczerze to mało kto taki jest. U nas po prostu większość jest szczupła. Tutaj mało jest osób chudych tak po prostu. Jeżeli ktoś taki jest, to przyczyna sportu, którego poziom jest naprawdę wysoki. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak ciężkie są takie treningi. Trwają ponad dwie godziny CODZIENNIE. Mija dopiero drugi dzień, a ja ledwo siadam i chodzę. Chyba jeszcze nigdy nie miałam takich zakwasów, a jutro powtórka! Robimy dużo rzeczy nawet nie zdając sobie sprawy, że tyle mięśni pracuje. Na szczęście spędzam ciekawie czas i miewam oczywiście chwile słabości (dzisiaj musiałam standardowo położyć się na ziemi z nogami do góry, pewnie dlatego, że tak rzadko mamy okazję się napić), ale wiem, że warto sie teraz poświęcić i nie poddawać. Nie zależy mi na tym, żeby być w Varsity - głównej reprezentacji szkoły, ale żeby nabrać kondycji, zeszczupleć i nauczyć się czegoś nowego. Moim zdaniem nie chodzi o to, żeby wygrać, ważniejsza jest zabawa i szczęście podczas wykonywania sportu i zresztą innych czynności. Bałam się też trochę, że wszyscy się będą na mnie złościć, jeśli zrobię coś źle (ponieważ jestem jedyną osobą, która nie gra od dzieciństwa, albo przynajmniej od paru lat), ale tutaj też zostałam zaskoczona. Wszystkie dziewczyny są bardzo miłe, tłumaczą mi jeśli się pomylę i chwalą mnie jeśli robię coś dobrze. Trener jest wymagający, ale wyrozumiały i uczył mnie poprawnie machać tym kijem, co wcale nie jest proste. Mam wielką nadzieję przetrwać te 3 miesiące treningów, ale już teraz nie mogę sobie wyobrazić, że jutro znów mnie to czeka. Po przyjściu do domu jestem tak zmęczona, że nawet nie chce mi się jeść. Najchętniej poszłabym spać, ale od dzisiaj staram się tego nie robić. Takie moje drzemki zajmują więcej niż godzinę dziennie. Wczoraj np. wstałam o 20 oO. Dzisiaj specjalnie unikałam siadania na łóżko, bo zapewne skończyło by się tak samo. A uwierzcie mi, że mój organizm definitywnie potrzebuje więcej godzin snu, tyle że w nocy. Przez ostatni czas (jeszcze przed treningami) chodziłam spać o 1-2. teraz jest już po 22 i zaraz po zakończeniu pisania biorę się do spania.


Myślę, że ładne rzeczy działają pobudzająco na moją psychikę i powodują ochotę  na ćwiczenia.






Na dzisiaj tyle zdjęć, mam Wam jeszcze do pokazania mój plakat o Polsce i kilka innych pierdół, ale zdjęcia robiłam telefonem, a kabel zostawiłam u Niny. Nie mam siły iść na górę i szukać kabla któregoś z mojego rodzeństwa, które pewnie i tak zgubili, bo ładują iPody takimi głośnikami. Ja zresztą też teraz tego używam.
Najprawdopodobniej w czwartek jadę oglądać musical, w którym gra Nina, ponieważ w piątek znowu nie mam lekcji, ale za to mam treningi... W poniedziałek też zrobili nam wolne, czyli czeka mnie 4-dniowy weekend! Potem jeszcze regularny tydzień i ... spring break i wycieczka do Kolorado! Wreszcie wyrwę się z tej dziury Ameryki, jaką jest Kansas.

Ah no i zapomniałabym Wam powiedzieć, bo przestało już grzmieć i błyskać, ale za 2,5 godziny, o 1 przez moje miasteczko ma przejść tornado! Normalnie bym jeszcze nie spała, ale wolę mieć jakiś postęp w moich planach i nie wyglądać jak zombie.

Buziaczki  ;*
Kasia.

czwartek, lutego 16, 2012

Super tydzień & Walentynki


Witam moi drodzy, mam nadzieję, że choć trochę się za mną stęskniliście! Długo się nie odzywałam, ale jakoś tak nie miałam ochoty. Dzisiaj postaram się wszystko dobrze streścić.

Poprzedni tydzień (6-12.02) był moim jednych z najlepszych tygodni tutaj. W weekend poprzedzający miałam spotkanie Girls Scout i spędzałam czas z Beką. Co zrobiło tamten tydzień wyjątkowym? Hmm sama nie wiem, ale chyba po prostu zaczynam być bardziej lubiana. No mimo wszystko dużo ludzi mnie zaskoczyło. Np. w któryś dzień idę do klasy z biologi i koledzy mnie zatrzymują i wyznają mi miłość. Dodam, że jeden z nich jest atrakcyjny. Przypadkowe, ale daje powody do uśmiechu. Kolejny dzień i znowu zaczepia mnie inny chłopak i mówi, że pięknie wyglądam. Wiem, że to wszystko tandetnie brzmi, ale mi to nie przeszkadza. Nie wiem co ich tak wszystkich wzięło na wyznania. W piątek po lekcjach myślałam, że znów będę miała kolejny weekend obijania się. Na szczęście się myliłam. Napisały do mnie koleżanki czy nie chciałabym się z nimi spotkać. Takie rzeczy nie dzieją się tu za często, więc nie odmówiłam i zrobiłyśmy małą imprezę. Do domu wróciłam rano, a po południu miałam spotkanie walentynkowe z moją grupą wymieńców, które też było super. Potem rodzinka zawiozła mnie do Beki i z jeszcze inną dziewczyną pojechałyśmy do kina na film The Vow przy okazji zatrzymując się w TacoBell i Walmart. Do domu wróciłam późno, ale bardzo prawdopodobne było, że na następny dzień nie będę miała szkoły, ponieważ zapowiadają opady śniegu. Jednak szkoły nie odwołali, ja nie widziałam w tym żadnego problemu, ale wszyscy już narzekali na 10 cm śniegu. Dwa dni potem znów była wiosna i dalej tak się trzyma. Niestety w sobotę, kiedy byłam na tej imprezie, pojechałyśmy w nocy po jajka, ponieważ chciałyśmy zrobić ciasto. Zatrzymał nas jakiś gruby policjant i trzymał nas jakieś 15 minut z otwartymi oknami, bo okazało się, że chłopak dziewczyny, który był naszym kierowcą nie miał jakichś tam mało ważnych świateł. Nie dość, że było strasznie zimno, a byłam tylko w bluzie to jeszcze ten policjant gadał jakieś głupoty, że w aucie dziwnie pachnie - jak płyn do płukania ust i że on chyba też powinien sobie wziąć kawałek gumy do żucia oO. Widzę, że co jakiś czas spotykam dziwnych ludzi w moich nocnych wyprawach
.
Na Walentynki nie oczekiwałam dużo od Amerykanów, ponieważ wiem jacy są. Rano Nicole zrobiła nam słodką niespodziankę - muffinki z jagodami i każdy dostał kubeczek ze smakołykami i balonem. Po pierwszej godzinie, czyli wtedy, kiedy wchodzę do głównego budynku szkoły na mojej szafce było przyklejone serduszko z lizakiem. Był to tekst do uzupełnienia "I love you more than..." i ktoś wstawił jeszcze "lots" po "you" i dokończył : Hamlet. Zabawne, nie mam pojęcia kto to napisał, ale raczej był to jakiś freshman, ponieważ oni przerabiają Szekspira :). Wieczorem, jako że nie mam chłopaka, a moje dwie najbliższe osoby tutaj mają, poszłam na mecz koszykówki. Spotkałam tam jednego z trzech moich brazylijskich kolegów (KTÓRY JEST Z TEJ SAMEJ MIEJSCOWOŚCI CO FRANCISCO LACHOWSKI, TAK PRZY OKAZJI!!!!!!!!!!!!!!!), ponieważ jego szkoła z nami grała. Dowiedziałam się też, od moich bliższych koleżanek, że dużo dziewczyn mnie nie lubi "ponieważ jestem ładna i fajna". hahahahahaha no cóż, tak to już bywa. Szczerze to w ogóle się tym nie przejmuję, bo ja też większości nie lubię ♥.

Dzisiaj nie byłam w szkole, pierwszy całkowity dzień nieobecności! Powodem tego jest moje przeziębienie, zapewne efekt weekendu. Źle się czułam już w poniedziałek, ale cały czas dzielnie chodziłam do szkoły. Jutro już chyba pójdę, za to w poniedziałek jest Dzień Prezydenta i i tak mamy wolne :).

Aha no i jeszcze mi się przypomniało pytanie, które zwykły kolega z biologii zadał mi wczoraj - Czy to jest tak, że jestem najgorętszą dziewczyną z Polski? Hahaha i jak tu mnie mają lubić Amerykanki?




Oryginalna i przerobiona walentynka.


Robione dzisiaj o ok. 13.
 Gazetka szkolna:



Buziaki,
Kasia

PS
Dziękuję za wejścia (i co za tym idzie - czytanie) mojego bloga. Na początku lutego było ich prawie 14 tysięcy i pomyślałam sobie, że będzie super, jeśli do końca miesiące będzie 15. Moi drodzy, jest już po pierwszym tygodniu przebiliście moje oczekiwania :). Teraz mogę się zastanawiać, czy dobijemy do 16 tysięcy.

czwartek, lutego 02, 2012

Wrestling / Zdjęcia ...


No witam witam!

Dzisiaj po raz pierwszy byłam na turnieju wrestlingu. Takiego prawdziwego wrestlingu, nie WWE, który bardzo mnie rozśmiesza. No, taki też mnie rozśmieszył, ale po czasie się przyzwyczaiłam. Poszłam na to głównie dlatego, ponieważ to mój temat na lekcje filmowe. Co tydzień wybieramy sobie jakiś artykuł, zazwyczaj w parach i tworzymy krótki film. Dla Was specjalnie nagrałam jeszcze na telefonie jak to wygląda. Wybrałam najgrubszych chłopców, akurat nie z mojej szkoły. Mam też trochę zdjęć, ale niestety nie zrobionych aparatem.

W tym tygodniu dowiedziałam się, że mamy w szkole jedną dziewczynę, która ma dziecko. Jednoroczne dziecko. Dziewczyna w moim wieku. SZOK, ale to Ameryka, co nie?

Mimo wszystko znalazłam moją kolejną miłość - Reese's pieces. Małe cukierki wielkości czekoladowych m&msów wypełnione masłem orzechowym. Nie jak nutella, amerykańskim bardzo słynnym peanut butter. Nie przepadam za tym, ale te cukiereczki są pyszne. Będę tęsknić.

Nie mam Wam za dużo do powiedzenia, więc to wszystko. Mam parę zdjęć, niektóre z dzisiaj, niektóre zrobione kiedyś-tam, ale nigdy nie opublikowane. No i filmik - wygłupy z koleżankami, nawet nie wiedziałam, że mnie nagrywają ;)



To ta dziewczyna jest reżyserką mojego filmu.

A to podobno zakochany we mnie chłopak. Heh...




Za czasów, kiedy mieliśmy jeszcze tego psa. Nie lubił być sam w domu,
 więc czasem braliśmy go do auta nawet przy małym podróżach np. na pocztę.
 Musieli go sprzedać, ponieważ poganiał krowy sąsiadów i chcieli go w przyszłości zastrzelić.

Takie tam codzienne obiady i siostrzyczka.

Nigdy nie opublikowane zdjęcia z kotem, za którym trochę nie przepadam.








Wyłapałam też kiedyś komiczne reklamy w telewizji. Tak wygląda Ameryka.


Mamo kup mi!!!!


;)



A na koniec jedyna piosenka country, której zapamiętałam absurdalny tekst i znalazłam, żeby się z Wami podzielić. Napisałabym dźwięk jaki wydają kowboje, ale zapomniałam, a te z internetu coś mi nie pasują ;)



xoxo
Kejti Oh Yeah Baby

niedziela, stycznia 29, 2012

Winter Semi-Formal



Witam witam!

Wiecie co jest zabawne? Paradoksy. Chyba w ostatniej notce napisałam Wam, że: a) nie mam powodzenia, b) zgrubłam (za każdym razem to słowo jest podkreślone, czy używam wyrazów, które nie istnieją? oO). W tym tygodniu to się zmieniło. Wszyscy się do mnie uśmiechali i mnie zaczepiali, co może nie jest symbolem romansu, ale to już jakiś progres. W sobotę miałam zimowy bal, więc do niego zeszczuplałam, ponieważ miałam bardzo obcisłą sukieneczkę. Wszystko wraca do normy : )

Standardowo do czwartku nie wydarzyło się nic niezwyczajnego, co należałoby opisać.

W czwartek nie byłam na ostatniej godzinie lekcyjnej. Przyjechał po mnie mój tata i zawiózł mnie do jednej z biedniejszych dzielnic Topeki, ponieważ zapisałam się do girls scout i miałam pomóc przygotowywać takie małe flagi naszych państw. To miejsce jest uznawane za getto. Mieszkają tam w 95% ludzie kolorowi. Niby są biedniejsi, ale tego po nich nie widać, a przynajmniej po paru osobach, których widziałam. Wyglądają lepiej niż Ci wszyscy kowboje i farmerzy. Po jakichś 30 minutach moja koordynatorka zawiozła nas do podstawówki i bawiłyśmy się z małymi dziećmi. Nie za bardzo moje klimaty, ale przynajmniej wyrabiam sobie dobrą opinię.

Już bym zapomniała! Nawet nie wiecie jak miłe może być samo wejście do klasy historycznej kiedy na tablicy jest wywieszona mapa europejska z Polską na środku, czyli centralnie na moim widoku. Z tej okazji wycięłam zgrabne serduszko z papieru i nakleiłam je jak ramkę w okół Polski :). Ale ze mnie artystyczna patriotka HEHE.

W piątek po lekcjach przyjechałam z Beką, czyli moją najlepszą tutaj koleżanką do mnie do domu po rzeczy. W jej aucie znalazłam daszek z Subway'a, ponieważ ona tam pracuje. Weszłam w nim do domu i powiedziałam mojemu tacie, że uczę się Amerykańskiej stylówy, na co on odpowiedział, co mnie bardzo  rozbawiło i ucieszyło, że stylówy nie mogę się nauczyć, ponieważ ja się z nią już urodziłam. Nie wiem czy to najlepsze tłumaczenie na słowo swag, ale sens zdania jest zachowany.
Wieczorem pojechałyśmy kupić film Dirty Dancing 2, ponieważ nie przywiozłam go ze sobą, a wszystkie internetowe wersje mają już lektora. Wybrałyśmy Vintage Stock, czyli tak jakby lump, tyle że nie z ubraniami, a z filmami, grami, komiksami, płytami itp. Najpierw znalazłam mój ukochany film za 6$, ale potem przeglądałyśmy jeszcze "wielkie przeceny", czyli np. jeśli dwie sztuki filmu są wystawione na sklepie, reszta idzie na ten dział. Ostatecznie zapłaciłam 4$, a płytka działa jak nowa. Rzecz, która jest kolejną korzyścią znajomości z Beką (bo na pierwszym miejscu jest jej osobowość, ta dziewczyna jest kochana i nie jest taka okropnie sztuczna jak te wszystkie amerykańskie dziunie) jest jacuzzi w jej domu, w którym spędziłyśmy chyba trochę za dużo czasu, bo po wyjściu było mi słabo. Od razu dodam, że to nie jest tutaj wcale takie nadzwyczajne posiadać jacuzzi.

W sobotę wstałyśmy [jak na moje warunki] wsześnie, bo około 10. Dobrze, że zaczęłam naklejać moje sztuczne rzęsy mając dużo czasu do wyjścia. Po pierwsze jest to zadanie nieproste i trudno uniknąć szewskiego języka. Po drugie, kiedy dokończyłam już mój makijaż oczu uznałam, że wyglądam nieco śmiesznie i nie mogłam do końca mrugać, ponieważ moja lewa powieka sklejała się w jednym miejscu i ściągnęłam je. I bardzo dobrze.
W czasie naszych ostatnich przygotowań do domu Beki przyjechała nasza koleżanka i jej chłopak. Razem pojechaliśmy na kolację. Jest to dla mnie nieco absurdalne, żeby iść jeść przed tańcem, więc zjadłam tylko jedno malutkie burrito. Było pyszne i z chęcią wzięłabym więcej, ale sukienka i rozum mi nie pozwoliły.

Bal odbył się w naszej szkole od godziny 8 do 11. Przed wejściem skoczyłam jeszcze do sklepu po Monster'a, ponieważ przez tą poranną pobudkę mój organizm domagał się drzemki. Większość balu bawiłam się całkiem dobrze. Było o wiele lepiej niż na tym beznadziejnym homecomingu. Oczywiście nie zabrakło paru tandetnych piosenek typu "Cha-Cha slide/ Criss Cross" i wolnych country, które rzecz jasna spędziłam przy krześle. Przy tych normalnych wszyscy mówili mi jak to cudownie tańczę, chociaż robię to tak jak standardowa Polka, która ma poczucie rytmu i chodziła na zajęcia. No może trochę lepiej, ale ja tego nie wiem. Po powrocie do domu Beki nie miałam dobrego humoru, a na takie rzeczy najlepsze jest jedzenie. O dziwo nie miałam ochoty na słodycze (ho ho może się od nich odzwyczaiłam? :)), a na mięso. Przed 2 w nocy pojechałyśmy do Taco Bell, za którym będę bardzo tęsknić w Polsce. Jedzenie podał nam jakiś czarny tłusty obywatel, a ponieważ na piżamkę ubrałam tylko szlafrok (czyli miałam "gołe" nogi) dziwnie do nas pomachał. Z pędem odjechałyśmy od okienka Drive-In słuchając stacji z muzyką lat 80.

Do domu wróciłam rano w niedzielę, po południu pojechałam z rodzinką do babci na obiad.

Czas na zdjęcia!





To moje ulubione zdjęcie :)


Amerykanie musieli uwiecznić, jak jem rękami, ponieważ dla nich jest to dziwne, że zawsze używam sztućców. Których potem i tak użyłam, tak jest o wiele łatwiej.


Takie tam z fankami : D

Na dzisiaj to już wszystko. Bardzo cieszy mnie fakt, że właśnie rozpoczęły Wam się ferie, mogę ponaciągać godziny snu najbliższych, którzy w tym albo przyszłym tygodniu siedzą w domku przed komputerem.

Arrivederci 
Kasia ; *

Cosmopolitan Cocktail